lukaso

::: recenzje książek ::: kup mi kawę c[_] → https://ko-fi.com/lukaso

:: fantasmagorie [4]

szeroka alejka będąca jednocześnie wyjściem z parku. wszystko wokół w barwach nordic theme (ostatniego krzyku mody wśród screenshot-onanistów na reddicie)... zimnoniebieska, chyba zimowa, mgiełka roztacza się nad zahibernowanymi, zimnoniebieskimi trawnikami. bezlistne konary klonów przesycone wilgocią... ktoś za mną idzie, wyraźnie przyśpiesza. nie odwracam się, jakbym czekał cierpliwie, aż tajemnicza osoba zrówna się ze mną. pachnie piernikami, a ja mam zdecydowanie zbyt jesienną kurtkę, w której marznę. słyszę kroki tuż za plecami.

  • widziałeś? najnowszy numer! – słyszę beztroski, jakże znajomy głos. to ewidentnie beztroska podszyta niecierpliwością i podnieceniem.

odwracam lekko głowę, ale nie widzę jej. wiem, że tu jest, wiem doskonale, ale nie mogę jej dostrzec. to s., moja niegdysiejsza najbliższa przyjaciółka, obecnie znana pisarka. podaje mi egzemplarz jakiegoś pisma (skąd, do cholery, wiem że to gest podawania mi czegokolwiek, skoro wciąż stoję na środku alejki i trzymam w dłoni tłusty egzemplarz jakiejś gazety, a wokół mnie nikogo nie ma?)... wertuję pośpiesznie strony; magazyn wyraźnie nawiązuje graficznie do New Yorkera, a jednocześnie przypomina nasze Książki.

  • przeczytaj tutaj – słyszę głos.

zatrzymuję wertowanie. wielkie zdjęcie s. lekko stylizowane, czarno-białe: s. siedząca na parapecie. za wielkim oknem Odra, Wrocław (dlaczego akurat Breslau? skąd?!), spokojny półprofil. stronice pachną paczulą. tuż pod zdjęciem mrowie tekstu. jedna, dwie... cztery stronice gęstej literackiej analizy z wytłuszczonymi podtytułami nawiązującymi do susan sontag i virginii woolf. uśmiecham się do tych kolumn tekstu, mam wrażenie jakbym już to wszystko przeczytał i delektował się z błogością tym zadowoleniem. spoglądam za siebie, ale s. [wciąż] nie ma...

... skręcam z parku idąc jakąś kompletnie mi obcą ulicą (magazyn, który dała mi s. trzymam pod pachą). drażni mnie mżawka, drażni mnie niby-światło przedzierające się przez szczelną nordic-kliszę ciężkich chmur. tuż przede mną sporej wielkości podwójne metalowe drzwi. stoję przed jakimś pofabrycznym klubem, tu i ówdzie hipsterka jara czeskie fajki eukaliptusowe, jakaś krzykliwie ubrana gówniara udziela radiowego wywiadu, używając słów takich jak “koincydencja”, “przedmurze”, “koloryt”, “druzgocące”, “tragedia”... wiadomo, dlaczego tutaj przyszedłem! przecież to spotkanie z kieślowskim! wchodzę do środka. tłum pije driny, piwo i jakieś wymyślne vegan koktajle. skręcam fajkę, machinalnie rozglądam się wokół. wyjmuję zapalniczkę, zapalam. wyraźny aromat świeżego, wędzonego turnera unosi się ku górze... nieopodal na niewielkiej scenie przeciętej dwoma żółtymi reflektorami stoi krzesło, niepozorny okrągły stolik z dwiema butelkami wody, szklanką i popielniczką wielkości głębokiego talerza obiadowego. podchodzę bliżej, przedzieram się przez intelektualną tłuszczę miasta. patrzę jeszcze raz na puste krzesło.

odwracam się do tych wszystkich oczekujących, stłoczonych ludzi...

“spotkania nie będzie, albowiem pan kieślowski nie żyje”.

jestem przekonany, że wypowiadam te słowa w kierunku nazbyt hałaśliwego audytorium, ale to nieprawda. niczego nie wypowiadam. budzę się.

✩ ✩ ✩

“fantasmagorie”, to cykl senny, który zapoczątkowałem przed laty na moim blogu discrust.pl. to historie mocno surrealistyczne, swoisty mix zapamiętanych strzępów marzeń sennych i obrazów na pograniczu snu i jawy. wykwit mojej głowy zmęczonej do cna bezsennością... wcześniejsze okruchy ów cyklu znajdziecie tutaj:

https://discrust.pl/category/%e2%86%92-fantasmagorie/

podkład muzyczny: Agnosy, Shitstorm, Psychonaut 4, None, Morrow

:: Michał Gołkowski – “SybirPunk” vol1

Jak to często u mnie bywa, piszę o pewnych książkach grubo po ich premierze, gdy kurz zachwytów i krytycznych marudzeń już dawno opadł. Ale nic to! Liczę na podobnie jak ja zapóźnionych czytelników i czytelniczki, którzy również mają w głębokim poważaniu czujne warowanie w oczekiwaniu na nowość, którą trzeba obwąchać natychmiast po wydaniu...

Skończyłem pierwszy tom sybir-punkowej trylogii Michała Gołkowskiego. Powiem jedno – nawet jeśli dwie kolejne części będą słabsze (a przecież mogą być lepsze, aniżeli pierwsza część!), bezapelacyjnie warto sięgnąć po ten spory kawałek fantastyki!

Opowieści Gołkowskiego nie odróżnia od innych pozycji na rynku ogólny konstrukt fabuły. Ten akurat dosyć ściśle przylega do cyberpunkowego szablonu: mamy najemnika/najemników (przedstawiciela państwowych lub korporacyjnych sił), chłopa po przeżyciach (najczęściej w armii), piekielnie zdolnego, silnego i w ogóle naj... Mamy mocodawców (rzygający kasą burżuje, właściciele kopalń i przedsiębiorstw na innych planetach / księżycach, czy też mafijne struktury o zasięgu międzygalaktycznym)... Mamy intrygę / zadanie do wykonania... Mamy tony biotechnologicznych gadżetów, wszczepów, broni wymyślnej i egzoszkieletów. Trup ściele się gęsto, tajemnice wyrywa się z pilnie strzeżonych serwerów i ogólnie spora część realu jest sprzężona z wirtualnym światem rozrywki, nielegalnych interesów i informacji, których samo posiadanie może zabić.

W ten schemat moglibyśmy spokojnie wpisać “SybirPunk” i... zróbmy to! Zróbmy to, albowiem zabieg ów, nic a nic, nie zaszkodzi tej ciekawej historii! Jest bowiem sporo elementów, które wybijają cyber-trylogię Michała Gołkowskiego ponad gatunkową sztampę. Cyberpunk jest bowiem bardzo wymagającym podgatunkiem fantastyki naukowej i nie każdy twórca radzi sobie z tymi wymaganiami. Gołkowski przechodzi egzamin bez problemu!

“SybirPunk” jest wyjątkowy ze względu na umiejscowienie akcji – relatywnie niedaleka przyszłość, Federacja Rosyjska (ciągle) pod rządami... Prezydenta (w domyśle: TEGO prezydenta) i oligarchów. Rosja jest koszmarnie zdewastowanym krajem, gdzie maksymalizacja zysków i pazerność władzy unicestwiły niemal doszczętnie przyrodę, a miasto, w którym toczy się powieść – NeoSybirsk – to pozbawiona kompletnie zieleni, zasyfiona pyłem i chemikaliami metropolia betonowych slumsów, po której można poruszać się wyłącznie w szczelnej masce z filtrami węglowymi, względnie z wszczepionymi respiratorami. Jedynym wyjątkiem jest centrum – enklawa bajecznie drogich hoteli i siedzib firm, które bezpardonowo trują miasto i okolice. Oczywiście NeoSybirsk w książce, to mój ukochany Nowosybirsk – stolica Syberii (taaak, wkurwiajcie się dalej, mieszkańcy Krasnojarska, ale zdania nigdy nie zmienię! heheheh). Trzeba przyznać, że Autor ze wielką swobodą porusza się po mieście i albo tak dobrze je zna osobiście, albo perfekcyjnie przygotował się do pisania tej trylogii – za to ogromny plus! Gołkowski generalnie doskonale wyczuwa realia polityczno-kulturowe w Rosji i potrafi je świetnie przerzucić w przyszłość. To też rzadkość, bo zazwyczaj mamy do czynienia z szablonowym pierdoleniem i stereotypami, jeśli na kartkach wszelakich powieści pojawiają się jakiekolwiek niuanse narodowe. Rosja w wersji cyberpunkowej w “SybirPunku” jest zarysowana wiarygodnie i, że tak to ujmę, “z duchem czasu”. Co to oznacza? Ano to, że Autor nie przegiął z nadmiarem bio-technologii i umieścił jej w książce tyle, ile prawdopodobnie będzie za 20-40 lat; dzięki temu, w czasie lektury mamy wrażenie, że owa przyszłość jest tuż tuż, za rogiem. To duży, kolejny, plus książki!

Głównym bohaterem jest niejaki Chudy, uciekinier z Legii Cudzoziemskiej, ex-milicjant, chłop po konkretnych przejściach wojenno-osobistych. Tu raczej nie ma niespodzianki. Bohater jest szablonowy wręcz. W tle duża kasa do odzyskania, zlecenia od bajecznie bogatych typów, ruskie służby, podrasowani hormonami i biowszczepami dresiarze na dzielniach i konkretni najemnicy w narkotykowych gangach zasyfionego niemożebnie NeoSybirska. Fabuła sklecona z głową, historie się nie rozsypują, a talent Autora do tworzenia ciekawych opisów konfrontacji i walk jest naprawdę na wysokim poziomie! Dodatkowym atutem jest tło geopolityczne trylogii, gdzie w Federacji [Rosyjskiej], prym wiodą Chińczycy – niemal we wszystkich aspektach życia społeczno-ekonomicznego, a nade wszystko etnicznego. Gołkowski opisuje rzeczywistość Rosji, która tak naprawdę już zaczęła się spełniać; nie jest tajemnicą, że Chińczycy krok po kroku, powoli, acz sukcesywnie wykupują potężne połacie Syberii, masowo wycinają syberyjskie lasy, wywożąc drewno do Chin, drenują glebę na dzierżawionych polach uprawnych, jednocześnie dbając o zgrabny wizerunek “przyjaciół Rosji”. Chińska ekspansja i kolonizacja Syberii jest już faktem w Rosji A.D. 2021. W trylogii “SybirPunk” Chińczycy stanowią już większość mieszkańców Rosji, a były Kaliningrad w całości należy do nich, jako strategicznie położona enklawa gospodarczo-przemytnicza.

Reasumując – jeśli pozostałe dwa tomy (które połknę niebawem) są choć w połowie tak dobre jak tom pierwszy, “SybirPunk wpisze się na stałe w solidny dorobek polskiej science fiction. I oby tak się stało! Nic mnie tak nie drażni, jak kolejne popłuczyny, klony i kopie pieprzonych STALKER-bajek i opowieści popełnianych przez rozmaitych frustratów... Pęcznieje to jak Harlequiny, literacko dno, a gawiedź w zachwycie łyka to gówno. Uogólniam, rzecz jasna, ale serio wkurwiają mnie takie falowe mody w science fiction, bo są jak monokultura – zasyfiają przestrzeń czytelniczą. “SybirPunk” – lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników cyberpunka, twardej fantastyki i konkretnych opowieści z rosyjską nutą!

Janusz Rolicki – “Lepsi od Pana Boga”

Rolicki nigdy nie był moim bohaterem w materii dziennikarskiej roboty; jednak rozszarpywać kontekst koniunkturalizmu za czasów PRL w 2021 roku trąci polityczną nekrofilią, w której lubują się raczej arcypolscy opętańcy. Gdybyśmy nawet dotknęli tematu powierzchownie, Janusz Rolicki należy mimo wszystko do tych dziennikarzy, którzy w latach 60-tych i 70-tych (czyli w latach, w których zaczynał swoją przygodę z reportażem) nie uwalili sobie rąk gównem systemu, aby nie móc potem spojrzeć w lustro (czego ewidentnie nie można powiedzieć np.o Jerzym Urbanie – kanalii, która wraz z Rolickim pokoleniowo startowała w zawodzie dziennikarskim).

“Lepsi od Pana Boga”, to zbiór reportaży Autora z początków jego dziennikarskiej kariery; teksty swoje Rolicki publikował głównie w “Polityce”, która w tamtych czasach miała w swojej stajni wielu zdolnych piórem ludzi. Co charakteryzowało ówczesne dziennikarstwo Rolickiego? Otóż był on w Polsce prekursorem dziennikarstwa wcieleniowego; na potrzeby konkretnego reportażu zostawał na kilka dni, czy tygodni budowlańcem, kontrolerem, bezdomnym – by maksymalnie i “od środka” poznać środowisko i ludzi, o których pisał. Zyskując zaufanie, zdobywał informacje, do których żaden inny dziennikarz “z zewnątrz” nie byłby w stanie dotrzeć. To czyniło jego reportaże wyjątkowo barwnymi i żywymi. To i jego pióro. Januszowi Rolickiemu nie sposób odmówić talentu w reportażu społecznym; nie każdy bowiem dziennikarz posiada pewną wrażliwość i podszytą empatią umiejętność dotarcia do istoty problemu poprzez plastyczne i realistyczne nakreślenie problemu, ludzkiej tragedii, okoliczności pewnych społecznych wydarzeń.

Paradoks dziennikarstwa Rolickiego – wychodzący jak najbardziej in plus jego talentowi i umiejętnościom – to paradoks będący immanentną częścią poprzedniego systemu. Oto bowiem represyjna i kontrolująca większość przejawów życia społecznego władza komunistyczna stawia na groteskową i śmieszną szkapę o nazwie: “realizm socjalistyczny”. W rozumieniu władzy realizm ów miał być propagandową laurką dla niej samej: chłop ziemię orze, górnik fedruje, kobieta na traktorze, gówniarze w ZMP – kraj rośnie w siłę pod wodzą komuszej bandy umocowanej przez ZSRS nad Wisłą. Ten schemat był maniakalnie wykorzystywany w prozie, poezji, malarstwie, muzyce – gdzie się da. Tymczasem Rolicki również opisuje rzeczywistość. Tyle że tą surową, obdartą z godności i radości. Rzeczywistość pełną biedy, niedoboru, reglamentowanych towarów, podłej wódy i nieludzkiej biurokracji. Dzięki temu, że wciela się w różne role, jego reportaż, to ten prawdziwy... socrealizm. Bez masek i propagandowych przebieranek; komunistyczny real w skali 1:1

Nie będę opisywał poszczególnych reportaży – nie warto psuć atmosfery przed lekturą tego tomu. Dość powiedzieć, że Janusz Rolicki w “Lepszych od Pana Boga” pokazuje nam jaki naprawdę był sowiecki socjalizm w PRL. Nijaki, syfiasty, duszący się od biurokracji, “uzbrojony” w tępych propagandzistów i potakiwaczy, wiecznie nieefektywny i kulawy. Lekturę tych reportaży polecam szczególnie ludziom urodzonym już po komunie. Będzie to ciekawy zasób wiedzy dla każdego.

Jessikka Aro – “Trolle Putina. Prawdziwe historie z frontów rosyjskiej wojny informacyjnej”

Muszę przyznać, że podszedłem do tej książki nazbyt powierzchownie. Sądziłem, że będzie to kolejna książka-ściema, perwersyjna kopia tematu z Wikipedii i kilku stron internetowych (jak ma to, niestety, miejsce bardzo często, gdy na rynku pojawiają się “książki o Rosji”)... Jakże się myliłem! Jakże się cieszę, że się myliłem!

Książka Jessikki Aro, “Trolle Putina”, to doskonała i heroiczna reporterska robota w temacie, który niejednemu reporterowi skręciłby kark już na starcie. Zjawisko internetowego trollingu akceptowanego, wspieranego i dotowanego przez państwo nie jest [już] zjawiskiem nowym. W tym jednak przypadku mamy do czynienia z wyjątkowym państwem i wyjątkowym głównym decydentem. Gdy w światowych mediach zaczęło pojawiać się coraz więcej informacji nt “fabryki trolli” w Sankt Petersburgu, czyli państwowej, realnie istniejącej placówce zatrudniającej mnóstwo ludzi, którzy całą dobę monitorują światowe sieci społecznościowe i reagują wpisami (na wymyślonych profilach), zgodnie z oczekiwaniami władzy, Kreml gwałtownie zaprzeczył, po czym od razu przeszedł do ataku. Propagandowe machiny medialne w Rosji, 100%-owo zależne od decyzji Putina i jego najbliższych współpracowników, takie jak Russia Today, czy Sputnik momentalnie znalazły “dobitne przykłady” na to, że to właśnie Zachód jest kłębowiskiem podstępnych trolli, agentów i wrogów Rosji (Rosji właśnie – to dobitne podkreślenie jest istotne dla Putina, albowiem zawiera sugestię, że wrogie działania ze strony “obcych” są kierowane przeciwko narodowi rosyjskiemu, a nie samej [represyjnej i autorytarnej] władzy).

Dlaczego ten schemat jest istotny? Po pierwsze dlatego, że wynika on bezpośrednio z logiki działań najpierw sowieckich, a później rosyjskich służb specjalnych (CzeKa/NKWD/KGB, potem FSB i wojskowe GRU), po drugie zaś – jest to fundament szerokich strategii dezinformacyjnych rozmaitych agentur wpływu (również medialnych, jak w/w RT i Sputink) w obecnej cyber-wojnie. W zależności od okoliczności, specyfiki danej sprawy i aktualnych interesów Kremla, władze rosyjskie albo kompletnie ignorują dane zarzuty wobec niej, albo przeciwnie – organizują wielofrontowe, szeroko zakrojone kampanie internetowej dezinformacji. Kampanie, które złamały życie i karierę niejednemu dziennikarzowi, uczonemu, biznesmenowi, który postanowił otwarcie i rzeczowo ujawnić rozmaite fakty nt. korupcji, ukrytych zbrodni, finansowych wałków i operacji specjalnych prowadzonych i aprobowanych przez samego Putina.

Takiej zmasowanej kampanii rosyjskich (i pro-rosyjskich w innych krajach) służb oraz trolli posłusznych Kremlowi doświadczyła właśnie Jessikka Aro, jako dziennikarka fińskiej gazety. Obrzydliwe i nieprawdziwe ataki na jej osobę sprawiły, że była ona zmuszona do opuszczenia Finlandii. Aro w swojej książce opisuje wszystkie swoje perypetie dziennikarskie, prywatne, sądowe i internetowe ze stronnikami rosyjskiego reżimu i z DOSKONALE naoliwioną maszyną trollingu, działająca za kasę z Kremla. Zasięg putinowskiej wojny dezinformacyjnej prowadzonej na Twitterze, Facebooku, na rozmaitych portalach, to zasięg ogólnoświatowy. Gdziekolwiek pojawi się krytycyzm wobec działania rosyjskich władz, tam natychmiast pojawiają się trolle, “autorytety”, “świadkowie”, którzy robią wszystko, by zgnoić, ośmieszyć, zdyskredytować danego śmiałka, który odważył się podnieść rękę na rosyjską władzę. Najgorsze jest to, że w naprawdę wielu przypadkach kremlowskie kampanie dezinformacyjne okazują się skuteczne i światowe media łykają prowokacje i manipulacje Putina jako prawdę.

Jessika Aro szczegółowo opisuje swój własny przypadek, gdy wiele lat temu jako pierwsza w świecie na poważnie poruszyła temat petersburskiej fabryki trolli. Opisuje też realne i świadome kampanie Kremla służące ingerencji w wybory Trampa na prezydenta USA, czy brawurową aktywność obywatelsko-hackerskiej grupy ukraińskich aktywistów: InformNapalm. W “Trollach Putina” znajdziemy również inne przykłady indywidualnych wojen biznesmenów i dziennikarzy z potężnym walcem putinowskich cyber-psów. Wszystko doskonale udokumentowane, konkretnie i ciekawie opisane!

Co mnie drażni w tej książce i czego mi w niej brakuje? Otóż wkurza mnie modelowa, książkowa wręcz, sztuczna prozachodniość Autorki. Gdy Aro pisze o swoim zaufaniu do fińskich władz (które działały ospale w jej sprawie, gdy trolle molestowały ją w necie i wyzywał od kurew z NATO), do amerykańskiej administracji, czy instytucji międzynarodowych. To zaskakujący kontrast, albowiem wobec Kremla Jessikka Aro jest odważna i bezkompromisowa tam, gdzie niejednemu samczemu dziennikarzowi odpadły by jaja ze strachu już na początku dziennikarskiego śledztwa. Z drugiej zaś strony pisze ona o zachodnich strukturach medialno-państwowch jak z propagandowych podręczników nt “wolności i demokracji”. Szkoda, że nie zadaje sobie trudu zagłębienia się w temat “od zachodniej strony”; nie bądźmy dziećmi – nie wszystkie fundacje i grupy wsparcia z Zachodu, które pomagają finansować opozycyjne media w Rosji, w Białorusi, Ukrainie, czy w krajach azjatyckich, to po prostu “grupy wolontariuszy”. Zachodnia agentura wpływu nie musi być aż tak pancerna i rozległa jak machina Putina, ale nie oszukujmy się – podobną wojnę na fake newsy i manipulacje prowadzą również kraje “wolne i demokratyczne”... Tego w książce Aro nie przeczytamy. Zabrakło mi również szerszego potraktowania spraw Snowdena i Assange'a. Oto bowiem ich przypadki wiele lat temu pokazały i zależności i samą scenę, na której rozgrywane są tematy na styku: media-internet-władza. Rozczulają mnie bezkrytyczni stronnicy w/w bohaterów światowego formatu oraz ich naiwna wiara w krystaliczność poczynań i charakterów Snowdena i Assange'a... Kto raz wpadł w wywiadowcze wpływy U$A i Kremla, już nigdy nie może być traktowany, jako w 100% wiarygodne źródło informacji (piszę to, uwzględniając świadome wybory obu kolesi, w toku ich spraw)...

Podsumowując – “Trolle Putina”, to świetny kawałek dziennikarskiej prozy dokumentalnej, rzetelnie udokumentowany i godny polecenia wszystkim interesującym się kształtowaniem polityk i strategii przez trolle, fake newsy, służby wywiadowcze państw. Kawał dobrej roboty! W tematyce ogólnorosyjskiej, to lektura jak najbardziej obowiązkowa!

Katarzyna Surmiak-Domańska – “Kieślowski. Zbliżenie”

Uwielbiam Trzy Kolory i Dekalog! Naczytałem się niegdyś tylu recenzji tych filmów, że aż śmiać się chce, co tzw. “eksperci od kina” widzieli w dziełach Kieślowskiego! A ja jednocześnie zakochałem się i w jego fabułach i w Zbigniewie Preisnerze. Nie wyobrażam sobie żadnego innego tła dźwiękowego w filmach Kieślowskiego, niż kompozycje Preisnera. Doceniam również przepiękny gest Preisnera po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, który napisał dla niego rozpierdalającą trzewia mszę: Requiem dla mojego przyjaciela! Gdyby NEUROSIS zagrało ten materiał, mógłbym umrzeć jutro. ... ale ale – mowa tutaj o wspaniałej biografii Krzysztofa Kieślowskiego: Zbliżenie, autorstwa Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Uwierzcie mi, że już nikt nigdy nie napisze takiej książki o Kieślowskim! A dla biografa największym komplementem jest to, że na jego/jej polu już nikt nie podskoczy! Uwielbiam tą książkę, jest ona dla mnie kolejnym [coraz rzadszym – kurwa jego mać! – w ostatnim czasie] dobrem literackim, gdzie bohater potraktowany jest kompleksowo, z szacunkiem, wnikliwie, bez biletów ulgowych, bez wstydliwego pomijania tematów... hmm... nie tyle kontrowersyjnych, co spornych w kontekście -znowu – kolektywnej lukrowanej laurki dla Kieślowskiego.

Dopiero z tej biografii dowiedziałem się, jak wielkie znaczenie dla Krzysztofa Kieślowskiego miały jego dokumentalne produkcje, jak bardzo na samym początku swojej uniwersyteckiej drogi filmowej gardził fabułą. To cenna wiedza, gdy po raz n-ty oglądam Trzy kolory... Ale to tylko początek... Katarzyna Surmiak-Domańska w swej biografii dostarcza nam mnóstwo faktów z życia Kieślowskiego, rysuje dla nas – poprzez imponującą ilość znajomych, przyjaciół i członków rodziny – kompletny obraz skrytego i neurotycznego, acz do bólu systematycznego i konsekwentnego twórcy, który bezlitosnym bywa przede wszystkim dla siebie, mimo że często wykorzystuje swoją charyzmę w celach, powiedzmy, dyskusyjnych i artystycznie i egzystencjalnie. Autorka daje nam ciężki gabarytowo tom wiedzy o człowieku niejednoznacznym moralnie. I to jest przepiękne! Dlaczego? Ano dlatego, że każda pieprzona jednostka ludzka jest niejednoznaczna moralnie! Spora część biografii, to batalie Kieślowskiego z partyjno-państwowym betonem, albo jakieś tam mini-mikro kompromisy z Zanussim (niegdyś szef studia filmowego, również “sławny reżyser kina moralnego niepokoju”, o którym nie będę pisał na tym blogu, bo nie warto) i innymi wtedy w-chuj-ważnymi...

Krzysztof Kieślowski był porównywany z największymi. I słusznie. Mnie najbardziej podoba się porównanie z Ingmarem Bergmanem. To twórca tego kalibru. Kieślowski umarł z przepracowania i z powodu fajek. Wiadomo. A ja chciałbym uściskać Katarzynę Surmiak-Domańską i podziękować jej za tą wyjątkową biografię! To świetnie napisana książka o kimś, o kim wciąż – niestety – pierdoli się mnóstwo komunałów, quasi-uwielbień i... rzygać się chce! Ta biografia, to absolutnie obowiązkowa lektura dla WSZYSTKICH – dowiedzcie się wreszcie jak pisze się rewelacyjne biografie o rewelacyjnych ludziach!

··· Marcin Hermanowski – “Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów”

Mamy do czynienia z publikacją wyjątkową, niestety funkcjonującą gdzieś w cieniu. A szkoda. Książka Marcina Hermanowskiego – Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, to ważny kawałek historii, bez której trudno sobie wyobrazić obecny kształt mediów. Wynalazek dwóch fizyków: Aleksandra Popowa i Guglielma Marconiego zrewolucjonizował środki masowego przekazu na początku XX wieku, mimo że u swego zarania został dostrzeżony jedynie przez wojskowych. Radio, bo o nim oczywiście mowa, do dziś dzielnie walczy z telewizyjno-internetową konkurencją i można by powiedzieć, że generalnie ma się dobrze, chociaż poszczególne kierunki jego rozwoju mogą w XXI wieku budzić niepokój prawdziwych entuzjastów i ludzi autentycznie kochających radio i ten sposób przekazu informacji oraz komunikacji. Ale my nie o tym…

Radiofonia… jest książką wyjątkową – to pierwsza publikacja w Polsce obejmująca historię rozwoju radia od inauguracyjnej audycji Polskiego Towarzystwa Radiotechnicznego, którą wyemitowano 1 lutego 1925 roku, po dzień dzisiejszy, gdzie rynek radiofoniczny obejmuje zarówno radio publiczne, jak i komercyjne, gdzie postępuje cyfryzacja sygnału radiowego (DAB+), a rozgłośnie wykorzystują internet, by dotrzeć do nowych słuchaczy (m.in. poprzez podkasting).

Marcin Hermanowski w swojej pracy dużą wagę przyłożył do chronologicznego porządku wszystkich wydarzeń związanych z rozwojem radia w Polsce. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych (gdzie tak naprawdę wystartowała formuła rozgłośni radiowej kierującej do odbiorcy konkretny program), polskie radio – podobnie jak inne europejskie rozgłośnie – miało charakter państwowo-publiczny; w USA od samego początku prym wiodły rozgłośnie prywatne, a publiczna radiofonia w Stanach po dziś dzień jest niszowym medium. Hermanowski z kronikarską dokładnością opisuje działalność Polskiego Radia na przestrzeni lat. Szczególnie interesujące są dwa okresy: przedwojenny i ten bezpośrednio po wojnie, okres zarówno odbudowy radiowej infrastruktury jak i “umacniania się władzy ludowej”.

Pierwszy z tych okresów ma zasadnicze znaczenie, albowiem to wtedy radio nabiera swojego kształtu, przestaje być drogą zabawką dla nielicznych, a zaczyna pełnić rolę kulturotwórczą na terenie całego kraju, co ma niebagatelne znaczenie dla lokalnych społeczności – Autor doskonale opisuje rozwój kolejnych rozgłośni regionalnych Polskiego Radia, dzięki którym rzesze ludzi znękanych ciężką pracą po raz pierwszy raz w życiu mają kontakt z muzyką klasyczną, z literaturą czytaną na antenie, czy wreszcie z rozrywką pozwalającą na oderwanie się od codziennych problemów. Na audycje się czeka, całe rodziny gromadzą się przy radioodbiornikach – radio, to okno na świat!

Drugi, nie mniej ważny okres, to czasy gdy łapsko na Polskim Radiu kładzie aparat komunistycznego państwa i – rzecz do przewidzenia – monopolizuje przekaz radiowy na baaaardzo długo. Symptomatyczne – co podkreśla Autor – jest to, że pomimo cenzury i wyraźnego pacyfikowania niezależności w rozgłośniach, w radiowym środowisku istnieją ludzie, którzy umiejętnie umykają komuszym troglodytom, wciąż starając się, by radio wyszło z twarzą z tej politycznej zawieruchy, by choć część audycji miała swobodniejszy charakter.

Książka obfituje w setki ciekawostek i szczegółów z życia polskich rozgłośni publicznych, opisuje dokładnie powstawanie kolejnych programów Polskiego Radia, ich zasięg, tematykę na antenach i nade wszystko – potężny zapał techników, inżynierów radiowych, prezenterów, spikerów. Radio staje się codziennym towarzyszem, od wczesnych godzin porannych – ze swoją gimnastyką i serwisami informacyjnymi – poprzez reportaże, audycje muzyczne, słuchowiska i programy publicystyczne, po radiowy teatr wyobraźni i koncerty poszczególnych orkiestr Polskiego Radia. Wreszcie pojawia się Trójka i, można by rzec, okcydentalizuje się program i oferta radiowa, głównie w zakresie muzycznym. Poza tym bardzo ważny dla mnie Program Czwarty i Rozgłośnia Harcerska (w tamtych czasach punkowy głos w naszych domach!), Polskie Radio dla Zagranicy (jako jedno z nielicznych na świecie nadające niegdyś regularne audycje m.in. w moim ukochanym języku Esperanto) – mimo tego że z biegiem czasu Polskie Radio staje się biurokratycznym molochem, wciąż pracują w nim ludzie z głową na karku, pragnący puszczać w eter wszystko co najcenniejsze. Tutaj mała dygresja – z doświadczenia słuchacza i miłośnika radia wiem, że najwięcej szkody i syfu temu medium przynoszą kolejne ekipy z politycznego nadania, absolutnie ze wszystkich opcji politycznych! Wszystkie unikalne audycje, cykle programów, wspaniałe kulturalno-edukacyjne projekty, absolutnie wszystkie, były i są po dziś dzień masakrowane przez politruków wszelkiej maści; to właśnie te pasożytnicze ścierwa najbardziej psują Polskie Radio i jego przekaz na przestrzeni wielu dekad! Może Marcin Hermanowski nie wyraża tego wprost, ale perfekcyjnie opisuje przypadki wywalania z anten rewelacyjnych audycji, zamykania całych redakcji (syf jaki zrobiono ze świetnym Radiem BIS, czy zmiany w Polskim Radiu dla Zagranicy, nie wspominając już o obecnym kształcie Polskiego Radia 24, którego, kurwa, nie da się słuchać z uwagi na upolitycznienie godne komunistycznego Radiokomitetu).

Radiofonia w Polsce. Zarys dziejów, zawiera rzecz jasna informacje o innych okresach działalności Polskiego Radia, ale obejmuje także początki działania w Polsce radiofonii komercyjnej. Burdel nadawczy jaki panował na początku lat 90-tych XX wieku, to symptomatyczny czas. Wojna o częstotliwości, gangsterka w eterze, okres przejściowy pomiędzy dolnym (obowiązującym w Rosji i krajach byłego ZSRS) pasmem UKF, a nowym – górnym (tym obecnym: 87.5 – 108 MHz)… Hermanowski ze swoją opowieścią dociera aż do czasów współczesnych, gdzie radio stoi przed nowymi wyzwaniami. Niebagatelnym przedsięwzięciem jest cyfryzacja sygnału radiowego w oparciu o technologię DAB+, coś co w Europie Zachodniej jest niemal standardem, u nas praktycznie się zaczęło (w DAB+ nadają wszystkie programy Polskiego Radia, łącznie z regionalnymi rozgłośniami). Mam przyjemność słuchania radia w DAB+ codziennie i namawiam wszystkich do kupna odbiornika DAB+! Na powrót zakochacie się w radiu!

Czego brakuje mi w tej książce? Kilku elementów. Przede wszystkim Autor nie rozwija szczegółowo technicznych aspektów działania stacji nadawczych. Brakuje mi również relacji ze słyszalności Polskiego Radia na przestrzeni lat, na długich, średnich i krótkich falach. Oprócz tego słabo opisano rynek odbiorników radiowych, a to mógłby być bardzo ciekawy rozdział! Nie czepiam się, oczywiście. Mam świadomość, że jest to książka historyczno-popularyzatorska, a nie techniczne archiwum. Mimo tego, byłbym wniebowzięty gdyby w polskich księgarniach ukazała się opasła antologia nt polskiej radiofonii, obejmująca wszystkie ośrodki regionalne, opisująca szczegółowo częstotliwości nadawania, moce nadajników, ich modernizację / wymianę.

Podsumowując: Radiofonia w Polsce…, to niezwykle cenna książka, którą powinni przeczytać wszyscy, którzy zachowali jeszcze choćby gram nostalgii w stosunku do radia oraz ci, dla których radio wciąż jest codziennym towarzyszem w życiu. Książka zawiera morze archiwalnych fotografii dokumentujących działalność poszczególnych rozgłośni – jest na co popatrzeć, jest co wspominać!

***

Dla mnie osobiście temat pt.: Polskie Radio, to mega-emocjonalna sprawa. Po prostu szlag mnie trafia, gdy widzę, co dzieje się z poszczególnymi programami na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, 20 lat. Spacyfikowano Polskie Radio BIS, absolutnie unikalny program edukacyjno-kulturalny, który wyraźnie odcinał się od gównianej popkulturowej masówki obecnej w komercyjnych shit-stacjach, który był źródłem wiedzy bez pierdolonych fajerwerków! Pewnych rzeczy nie da się sprzedać – pewne wartości i sposób ich przekazywania wymagają stabilnej formy jaką bez wątpienia było Radio BIS! Cholernie tęsknię za tym programem! W zamian mamy Czwórkę, która ni chu… nie jest kontynuatorką tej Czwórki z końca lat 80-tych. To niszówka dla yuppies, przeładowana “alternatywną” papką muzyczną. Sorry, ale ja nie kupuję tego w ogóle! Wiele lat temu Polskie Radio dla Zagranicy (zwane teraz Radio Poland) olało nadawanie na falach krótkich, co dla mnie jest szczególnym kurewstwem! Zresztą nie o mnie chodzi; tępaki odpowiedzialne za tą decyzję nie rozumieją tego, że to właśnie na falach krótkich słuchano Polskiego Radia na Ukrainie, Białorusi, w dalekich syberyjskich zadupiach Rosji, czy w zapomnianych polskich wioskach Kazachstanu. Do dziś przecież na olbrzymich terytoriach Wschodu można zapomnieć o internecie, a radio jest jedynym oknem na świat! Zlikwidowano również na falach krótkich redakcję Esperanto, która powinna być prestiżową choćby z uwagi na fakt, że twórca języka międzynarodowego – Ludwik Zamenhof – pochodził z Polski. Smutne, że w Esperanto nadają komunistyczne Chiny, a “fachowcy” od kierowania polityką Polskiego Radia położyli na to laskę. Brakuje również programu informacyjnego z prawdziwego zdarzenia. To jak cudownie spierdolono Polskie Radio 24 jest dobitnym przykładem na to, że polityczne ścierwojady trzymające łapsko na Polskim Radiu rok po roku pogrążają polską radiofonię publiczną w morzu absurdu i szamba. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem “doganiania radiostacji komercyjnych” przez Polskie Radio. PR powinno być przedsięwzięciem autentycznie misyjnym – chcę by kasa, którą kradnie mi to pieprzone państwo została spożytkowana, a nie zmarnotrawiona! PISowskie buractwo z TVP dostaje jakieś kuriozalne miliardy na disco-polo, na jebnięte seriale, na teleturnieje dla półmózgów, na propagandę smoleńską, czy na gnioty w stylu TVP Rozrywka, a radio? Radio dogorywa, chociaż gdyby nie prawdziwi entuzjaści i profesjonaliści w tym medium, już dawno polityczne mutanty pożarły by i Dwójkę i Trójkę…

Kryzys w Polskim Radiu, to temat-rzeka… Co najmniej na kilka długich postów. Ja nie przestanę mieć nadziei na lepsze czasy dla PR. Przy rozsądnej polityce antenowej, radiofonia publiczna może jeszcze nie raz zakwitnąć, dając nam wszystkim autentyczną przygodę ze słowem, informacją i wyobraźnią! Należy też uświadomić sobie prosty fakt. Nie ma drugiego tak unikalnego medium jak radio właśnie. Zachłyśnięcie się digitalizacją i transmisją internetową na nic się nie zda w przypadku jakichkolwiek poważnych kryzysów; w sytuacji, gdy nastąpi jakieś wielkie “bum!” na skalę kontynentalną / światową, znika internet, znika telewizja, nie ma prasy.. Pozostają prawa fizyki i fale radiowe… I książki w zgliszczach…

··· Anna Badkhen – “Cztery pory roku w afgańskiej wiosce. Reportaże o wyplataniu dywanów”

Åsne Seierstad i Wojciech Jagielski – te dwa nazwiska niejako automatycznie pojawiają się w mojej głowie, gdy na horyzoncie widzę temat: Afganistan. Dziś do tych dwóch nazwisk, bez wahania, dopisuję Annę Badkhen, dziennikarkę wyjątkową, o ogromnym talencie i progu wrażliwości.

Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że powyższa “trójca” wyczerpuje listę wnikliwych i utalentowanych twórców i dziennikarzy zajmujących się tematyką Środkowego Wschodu, w szczególności zaś Pakistanem, czy Afganistanem właśnie. Chcę jednak podkreślić, że Anna Badkhen, to absolutnie ekstraklasa, profesjonalizm i dziennikarskie mistrzostwo – bez dwóch zdań! Autorka lśni jak diament na tle innych twórców / twórczyń literatury faktu, albowiem posiada doskonały warsztat dziennikarski, a nade wszystko – potrafi operować słowem zarówno na płaszczyźnie czytelnego zapisu faktów, jak również pięknego ujęcia tychże w literackie szaty.

Sam tytuł mówi nam już bardzo wiele… Oto bowiem Anna Badkhen decyduje się na pozostanie w Afganistanie okrągły rok, by na własne oczy zobaczyć i na własnej skórze odczuć, jak właściwie żyją Afgańczycy na głębokiej prowincji północnego Afganistanu. Zresztą określenie: “głęboka prowincja” jest tutaj sporym eufemizmem, albowiem Autorka udaje się do maleńkiej wioski Oka, leżącej gdzieś daleko na spalonej słońcem pustyni, za Mazar-e Szarif. Do Oki nie prowadzi żadna droga, żadna ścieżka. Oki nie ma na żadnej afgańskiej mapie, Oki nie sposób dostrzec nawet przy pomocy Google Maps. Badkhen jedzie więc do wioski-widmo. Druga część tytułu jest nie mniej istotna; dziennikarka stara się pokazać czytelnikowi nieskończenie trudne warunki życia maleńkiej społeczności odciętej od najbliższych wiosek i miast, poprzez jedyny przejaw piękna w tym morzu piaskowych wydm poruszanych przez wiatr, który nawet na chwilę nie przestaje wiać… Tym pięknem są dywany tkane przez miejscowe kobiety – jest to jedyne zajęcie przynoszące realny dochód tym ekstremalnie biednym, ogarniętych inercją, otoczonych pustynnym więzieniem i naćpanych opium ludziom. Dywany trafiające później na targi w Kabulu, Dubaju i Istambule, kupowane przez bogaczy w USA i Europie, osiągają bajeczne sumy tysięcy Euro. Mieszkańcy Oki za dywan tkany cały rok otrzymują 200 dolarów…

W zasadzie każde kolejne zdanie na temat Czterech pór roku…. byłoby spoilerowaniem. Każda historia bowiem opowiedziana przez Annę Badkhen w tej książce jest ważna, wyjątkowa – podobnie jak węzły przy tkaniu dywanów. Jeden węzeł niewiele znaczy, ale umiejętnie połączony z innymi, wraz ze specyficznym kolorytem i unikalnymi wzorami obecnymi na afgańskiej i tadżyckiej ziemi od tysięcy lat, tworzy czyste piękno. Dokładnie takie są codzienne historie z Oki. Pełne bólu, zachowanych w pamięci, niekończących się nigdy wojen i konfliktów. Historie permanentnego niedojadania, czy wręcz głodu (mieszkańcy Oki lubią mówić, że nie poszczą w czasie Ramadanu, albowiem jedząc tyle co nic, poszczą tak naprawdę cały rok) uśmierzanego opiumowymi majakami. Historie chorób, maleńkich radości, maleńkich uśmiechów, okruchów czegoś, co mogłoby choć trochę przypominać normalność, albo w tych przeraźliwie trudnych warunkach będących normalnością właśnie…

Autora doskonale porusza się w przestrzeni antropologiczno-historycznej Afganistanu i krajów ościennych, w jej wieloetnicznym kotle, zatem otrzymujemy bardzo bogatą w fakty opowieść, która pozostaje w głowie na bardzo, bardzo długo.

Takie książki, jak ta właśnie, zmieniają ludzkie spojrzenie na dany kraj, naród, zwyczaje. Cztery pory roku…, to swoisty podręcznik, dojrzała dokumentalna proza pisana z ogromnym szacunkiem i znawstwem innych kultur. Podkreślam to, albowiem żyjemy w czasach, gdy pod szyldem: “literatura faktu” rozmaite wydawnictwa wciskają nam płytkie opowiastki niewydarzonych “podróżników i dziennikarzy”, których makulatura obfituje w ignorancję i powierzchowność śmierdzącą eurocentryzmem. Na tym tle niniejsza książka, to prawdziwy skarb!

Trzeba przeczytać – koniecznie!

··· Magdalena Grzebałkowska – “1945. Wojna i pokój”

Ogólna koncepcja, w oparciu o którą powstała ta książka od razu mi się spodobała. Magdalena Grzebałkowska rusza śladem szabrowników, przesiedleńców, wojennych sierot – na Ziemie Odzyskane, by tam dowiedzieć się czegoś o tym, czym dla obecnie żyjących tam ludzi był 1945 rok – li tylko końcem wojny? początkiem nowego, szczęśliwego życia? utrapieniem i tęsknotą za utraconym?

Atutem – z punktu widzenia miłośnika reportażu i literatury faktu – jest to, że czytelnik styka się z konkretnymi, indywidualnymi przeżyciami, że poszczególne losy opisywane przez Autorkę, choć nawleczone na nić historii przez duże “H”, pozostają mikro-świadectwem ludzi, do których udało się Grzebałkowskiej dotrzeć. I już na wstępie można powiedzieć, że wszystkie te historie i wspomnienia są unikalnymi i jak najbardziej godnymi naszej uwagi. Problem pojawia się w samej narracji, w sposobie opowiadania tych historii i w konstrukcji książki. Gdyby nie ów problem, sypałbym tutaj ochami! i achami! nad talentem Autorki.

Na czym polega zgrzyt? Ano na tym, że – przykro to pisać – 1945... jest książką, w której wykorzystano niemal żywcem kalki z dyskursu michnikowszczyzny. Taaa... wiem, że książka wyszła nakładem Biblioteki Gazety Wybiórczej, wiem że Magdalena Grzebałkowska jest reporterką tej gazety... Mógłbym zatem zadać [sobie] retoryczne pytanie: po cholerę się czepiasz? Wszak widać, słychać i czuć, że to maniera tego środowiska dziennikarskiego. Wiadomo wszak z jakiego kałamarza Autorka czerpała inkaust, by książkę swą napisać, bla bla bla...

Nadmieniam o tym nie bez powodu. Wydaje mi się, że to kurewsko smutne, gdy cholernie utalentowani i kumaci dziennikarze / reporterzy płci obojga, tuczeni przez lata quasi-moralizatorskimi sztuczkami Michnika nie potrafią (nie chcą?) wyrwać się spod wpływu tej zbankrutowanej koncepcji dziennikarsko-publicystycznej. Jako anarchista nie mogę być posądzany o sprzyjanie prawicowej ekstremie, więc podchodzę do konstrukcji książki Grzebałkowskiej bez uprzedzeń, a jednak odczuwam w trakcie lektury ową subtelną dysproporcję i chęć wygładzania granic pomiędzy ofiarami i katami, pomiędzy czymś intuicyjnie pojmowanym jako dobre i złe (intuicyjne – albowiem nie wierzę w istnienie obiektywnych kategorii prawdy, dobra, piękna, ogólnie wszelkich kategorii [meta]językowo będących abstrakcyjnymi, bez desygnatów).

Każda z historii, do której dokopała się Autorka zasługuje na uwagę i pewnie o każdej można by napisać osobną książkę. Los człowieka zgwałconego przez wojnę (w jakże wielu przypadkach również dosłownie, a nie w przenośni!), tułającego się bez dobytku i nadziei na nowy dom, nowe życie, na gorący posiłek dziś i jutro, na spokój w przyszłości. Los wczorajszych panów, a dziś ofiar rozpaczliwej, wściekłej, bezsilnej zemsty ze strony poniżonych i napadniętych... Jakże często milczenie wobec kłopotliwych wątków, postrzępionych wydarzeń, wobec traumy wojny i – gdzieś podskórnie – ciągłej niepewności, czy ten koszmar kiedykolwiek się powtórzy...

··· Magdalena Grzebałkowska – “Beksińscy. Portret podwójny”

Moje pierwsze spotkanie z Beksińskim, to podstawówka i jakieś podłej jakości reprodukcje w quasi-albumie, w bibliotecznej czytelni. Wtedy był to swoisty szok, lecz podszyty nie obrzydzeniem, a raczej zaciekawieniem. Nietrudno sobie wyobrazić, że gdy za gówniarza odkryłem szwedzki death metal, a potem crust punk, grindcore i kapele spod znaku AMEBIX (czyli ogólnie mówiąc to, co do dziś towarzyszy mi w warstwie muzycznej każdego dnia), sztuka Zdzisława Beksińskiego pasowała jak ulał do klimatu tej muzy, tych tekstów... Nigdy wcześniej nie zagłębiałem się w historię jego twórczości, a o Tomku Beksińskim słyszałem kilka razy (mimo, że słuchałem już Trójki, choć jego audycji – nigdy), jednak nie była to wiedza potrzebna mi w życiu...

Magdalena Grzebałkowska napisała wybitną, ciekawą i niezwykle sugestywną biografię ojca i syna. Z racji braku czasu, czytałem tą książkę na raty i za każdym razem wściekałem się, gdy musiałem przerywać lekturę. Tytułowy podwójny portret został mistrzowsko pokazany nam – czytelnikom. Odniosłem wrażenie, że Autorka zabiera nas do Sanoka i Warszawy i po cichu otwiera przed nami kolejne drzwi, abyśmy sami mogli zobaczyć jak żyją Beksińscy... Nie jest to bowiem sensacyjna wiwisekcja, a raczej stonowana opowieść o rodzinie dysfunkcyjnej (a jaka rodzina nie jest dysfunkcyjna? Nie ma takiej!). Ta książka napisana jest taktowanie, ale i odważnie; Autorka nie bawi się z nami w chowanego, nie “cenzuruje” niewygodnych reakcji, dziwnych przyzwyczajeń ojca, histerycznych wybuchów syna czy stoickiego, toksycznego tak naprawdę, spokoju Zofii – matki i żony, kobiety niezastąpionej w tej rodzinie. W czasie zagłębiania się w pokręcone losy sanockiej rodziny, która w efekcie wylądowała na warszawskim blokowisku, przychodzi taki moment, kiedy – nawet mimowolnie – nachodzi nas ochota by... ocenić i Zdzisława i Tomasza. Ocenić, porównać, przeprowadzić analizę, wydać wyrok... Powodów dla takie operacji mamy naprawdę sporo. Beksiński junior od dziecka niemal owładnięty myślami samobójczymi, jedynak wychowywany w zupełnej swobodzie, pośród gęstej atmosfery obrazów ojca, który z kolei sam boryka się z własnymi dylematami, fobiami, psychozami.

Grzebałkowska mistrzowsko ukazała nam poszczególne cechy charakterów tych dwóch mężczyzn, którzy – każdy na swój sposób – do końca bronili się przed “normalnością codzienności”, którzy żyli niejako obok, nie pasując do społecznej układanki w [post]komunistycznym bagnie (nota bene sam Tomasz Beksiński często powtarzał, że wolałby urodzić się sto lat wcześniej). Ogromne wrażenie zrobiła na mnie psychologiczna konstrukcja Zdzisława Beksińskiego, jego sposób pojmowania własnej sztuki, samego siebie w kontekście rodzinnym i egzystencjalnym. Nie mniej ciekawie Autorka naszkicowała postać Tomka, który charakterologicznie tak różny od ojca, jest jednak integralną częścią tej rodzinnej układanki.

Magdalena Grzebałkowska, opierając się na bardzo bogatych materiałach źródłowych (Beksiński senior, jako entuzjasta nowoczesnej techniki audio/video nagrywał codzienne życie swojej rodziny na kamerze VHS, prowadził też audio-dziennik) w sposób naprawdę perfekcyjny ujęła delikatne i wyjątkowe więzi rodzinne Beksińskich, podobnie jak świetnie oddała atmosferę sensacji wokół postaci Beksińskich i ich działalności (ojciec – artysta, grafik, malarz, rysownik; syn – tłumacz filmowy, prezenter radiowej Trójki).

Śmierć, integralny element w tej opowieści, została potraktowana poważnie, acz bez zadęcia i atmosfery katolskiego oburzenia społecznej tłuszczy, dla której wszystko było jasne: młody Beksiński wielokrotne próbował się zabić (w efekcie z pozytywnym skutkiem), albowiem stary Beksiński malował makabryczne, straszne obrazy pełne trupów, rozkładu i rozpaczy. Tymczasem Magdalena Grzebałkowska zrobiła naprawdę wszystko, by rzetelnie, poważnie i odpowiedzialnie ukazać nam losy tej niezwykłej rodziny.

To jedna z najważniejszych książek ostatnich lat w Polsce. Absolutnie lektura obowiązkowa!

··· Richard Morgan – “Modyfikowany węgiel”

To raczej mój nędzny cyberpunkowy wykwit okołorecenzyjny, aniżeli typowa rezenzja, ale co mi tam…

Modyfikowany węgiel, Richarda Morgana, to oczywiście mistrzostwo świata w kategorii cyberpunk. Bez dwóch zdań! Całkiem niedawno kupiłem książkę, ale tak się złożyło, że połykam ją sobie powoli, wraz z serialem Netflixa (pod tym samym tytułem). Serial zrobiony nie tyle z rozmachem, co ze smakiem i na pełnej profesce, jeśli chodzi o kanon gatunku (u kogo wieczny zachwyt wywołują deszczowe metropolie, japońskie holo migające na każdym kroku, powietrzne taksówki i neuroimplanty wszczepiane w nielegalnych laboratoriach na tyłach obskurnych knajp, ten od razu doceni pracę ekipy serialowej), przyciąga o wiele bardziej, niż książka. Szkoda. Mam po prostu wrażenie, że Morgan – skądinąd mistrz twardej fantastyki jak dla mnie – napisał książkę dla czytelników na wyższym levelu, niż przeciętny człek, któremu wpadła w ręce Diuna, Fundacja, czy jakaś klasyczna space opera z lat 80-tych. Nic to! Modyfikowany węgiel jest wyśmienitym kawałkiem hard science fiction w filozoficznym sosie postapo. Na próżno jednak będziemy szukać moralizatorskiej taniochy. Esencjonalnie, to wyważona epistemologia, emocjonalnie – ontologia powłoki.

Posmak nieśmiertelności w powieści (no i ogólnie – w cyberpunku), to możliwość „opuszczenia” aktualnie posiadanego ciała (powłoki), digitalizacja osobowości/świadomości/jestestwa i przeniesienie jej w formie stosu do nowego ciała, którego jakość zależy w dużej mierze od zasobności kieszeni. Nietrudno wyobrazić sobie, że upowłokowienie nie jest powszechne dostępne; ewidentna pauperyzacja światów i monopol korporacji i wojska w sferze kontroli kapitału, to smutna codzienność cyberpunka. Mamy jednak renegatów i buntowników wyposażonych w hackerską wiedzę, względnie kradnących powłoki/stosy, [de]fragmentujących osobowości, układających się z władzą i burżujami po to, by w odpowiednim momencie zdradzić, zaatakować i spierdalać na inną planetę…

Co szczególnie pociąga mnie w tym wszystkim? To jasne, że cała technologia neuro- i bioimplantów, wspaniałe możliwości wymiany i ulepszenia wszelkich części ciała; mówcie, co chcecie, ale ja chciałbym mieć wszczepione elementy egzoszkieletu w rdzeń kręgowy, biomechaniczne komponenty tytanowe wspierające stawy i ramiona, w pełni integrowalne biologicznie pluginy wzroku pracujące na częstotliwościach podczerwieni, czy wszczepiona konsola BSD/GNU-Linux połączona z siatkówką oka. Nie przeraża mnie „zajawka technologią we współczesnych czasach”. Przeraża mnie dokładnie coś odwrotnego: fakt, że ludzie A.D. 2018 cierpią na kolosalny techno-imbecylizm i technofobię. Przerażają mnie neo-katolicy w Modyfikowanym węglu, wpierdalający swoją duszę na arenę wymienialności cielesnych powłok.

Tak naprawdę świat wykreowany przez Morgana jest jedną wielką epicką opowieścią o tym, co najbardziej ludzkie w … człowieku. Podróże międzyplanetarne, latające taksówki, klonowanie, cielesna „mobilność” i jaźń przechowywana w bazach danych, to w cyberpunku coś oczywistego; coś z czym jedni walczą, inni bronią, a jeszcze inni kontrolują to wszystko, czerpiąc wymierne korzyści. Kropka w kropkę jak w „naszej” rzeczywistości. Każdy technologiczny progres najczęściej zwiastował kolejne wojny i katastrofy, a nade wszystko utrwalał stary jak świat „porządek” dysproporcji, „harmonię” nierówności i „radość” posiadania, bądź nieposiadania narzędzi kontroli. Nie inaczej jest w wirtualno-holograficznym świecie Morgana. Jeśli wpleciemy w tą narrację dyżurne tematy typu: więzi rodzinne, miłość, zemsta, rebelia, fanatyzm, chciwość, czy władza, otrzymamy rzeczywistość baaardzo dokładnie skrojoną na naszą ludzką miarę, tyle że zakotwiczoną w przyszłości.

Jeszcze jedno. Autor wyświadczył wszystkim czytelnikom olbrzymią przysługę i nie wylał na nich wiadra gówna w postaci taniej podpuchy o nazwie: „walka dobra ze złem”. Przyznam, że gdy słyszę ten zlepek słów mam ochotę wyrzygać się i uciec w najciemniejszy zakątek galaktyki. Dosyć konsekwentnie Morgan pozwala swoim bohaterom subiektywizować moralne oceny, dzięki czemu nie mamy do czynienia z kolejnym gniotem, gdzie „wszystko dobrze się kończy” albo „wszystko zostaje zniszczone”. Wartość książki wzmacnia antymoralizatorska refleksja, w której dotyka nas milion zasadniczych problemów epistemologicznych, ale nie mamy za sobą jakiegokolwiek monumentu etycznego, by móc „obiektywnie” wesprzeć siebie, czy innych. Zdroworozsądkowo jednak Richard Morgan zakłada, że człowiek i świat, to konstrukty ciążące raczej ku złu, niż ku dobru – dzięki temu nie ulegamy rozmaitym iluzjom w stylu: „naturalny porządek wszechrzeczy”. Taki porządek bowiem nie istnieje, jak doskonale wiecie :)